|
Wszystkim, którzy nie wierzyli, ze podołam
organizacji...
Wszystkim, którzy czasem szli pod górę...
Wszystkim, którzy pomagali...
Wszystkim, pokazując, że da się nawet w tak młodym wieku zorganizować wyjazd na
inny
kontynent...
Tak naprawdę start CLICO South America Expedition to październik 2005.
Wtedy spotkałem się z
Darkiem, z którym zacząłem luźno gadać o pomyśle organizacji wyprawy szkolnej
"gdzieś
dalej"... Znamy się od 12 lat, dlatego wiedziałem, ze na bank pojedziemy gdzieś
w góry,
ponieważ są one naszą pasją. Padł pomysł Ameryki Południowej. Maaaatko,
jak to daleko. No
ale nic, zebrała się ekipa ludzi, którzy chcieli pojechać i zaczęliśmy
organizowanie
wszystkiego co potrzebne, głównie kasy...Godzina zero to moim zdaniem tydzień przed wyjazdem, wtedy to spałem po 2-3h
dziennie.
Pytania, czy wszystko dopięte na ostatni guzik, ostatnie spotkania ze
sponsorami, odbiór
sprzętu od sponsorów, przygotowanie potrzebnych rzeczy, pakowanie, spotkanie w
mediach,
wywiady, zakupy. Jednym słowem "reisen fieber".
6.02.2007 r.
Dzień początku wyprawy. Tego dnia wyjeżdżaliśmy do Warszawy. Co prawda po
południu, ale od
rana wir. Zamiana kasy w kantorze, kupno ostatniego sprzętu, odbiór naklejek w
drukarni
jednej, drugiej, przede wszystkim pakowanie... Kto mnie zna, wie, ze lubię
zabierać ciuchy
na wyjazdy, trochę ich mam, wiec musiałem wybrać te najpotrzebniejsze, no i
najlżejsze rzecz
jasna, bo ograniczenia lotnicze swoje robiły... 23kg... + bagaż podręczny.
Atmosfera
gorąca. O 14, czyli 4 h przed wyjazdem telefon. Ze szkoły. Dzwoni Pani Dyrektor,
do
Rodziców, ze ja to i tamto. Podejrzewam, ze nic tak nie ucieszyło mojej mamy,
jak ten
telefon na 4h przed pierwszym tak dalekim wyjazdem syna... Na drugą półkule,
jakby nie było.
No cóż... Można było pomyśleć... Ale co tam... Można i tak... Pakuje się dalej.
Teraz bagaż
podręczny: laptop, aparat, karty SD, discman z CD, miś, który jest prawie tak
stary, jak ja
:), teczka z bannerami i naklejkami sponsorów. Spakowane. Można jechać. Godzina
17 wyjeżdżam
na dworzec PKP. O wpół do umówiliśmy się pod zegarem z resztą sae2007team, jak
się
nazwaliśmy. Stawiamy się w komplecie na przeciwko kas, bo pod zegarem trochę
piździ.
Ostatnie dni zimna... Każdy z uczestników był za coś odpowiedzialny - moją
działką był
transport, czyli pociąg do Stolicy, samoloty i transport na miejscu oraz kontakt
z PL
poprzez maile, tel itp. oraz relacja w necie. Sprawdzam więc peron, z którego
odjeżdża nas
pociąg do Chile... :) Czekamy chwile na peronie, za chwile wjeżdżają wagony.
Spoglądam na
miejscówki - mamy wagon nr 8. Ostatni. Pakujemy się z betami. Pożegnanie z
rodzicami,
znajomymi. O 18 ruszamy InterCity do Warszawy. Zaczęło się. Jedziemy blisko 3h.
Wysiadamy na
Centralnym i kierujemy się w stronę lotniska. Wsiadamy w autobus komunikacji
miejskiej, ja
kupuje bilety na airport. Okazuje się, że są tańsze niż na Śląsku, zresztą bilet
z Katowic
do Pyrzowic kosztuje 28zł, tam 3zł... Da się... A mówią, że "Warszafka"... Przed
22 jesteśmy
na Okęciu. Szukamy miejscówki do przekiblowania do rana. Jest pusto, więc nie ma
problemu ze
znalezieniem miejsca. Najpierw i tak siedzimy w knajpce do pierwszej. Szybka
relacja na
żywo, jeszcze można, bo iPlus działa bez roamingu ;)
7.02.2007 r.
Około 2 lecę porobić parę nocnych fotek i czeka nas kimanie do rana... Samolot
mamy o 7.30,
wiec około 5.30 powinna zacząć się odprawa. Zaczęła się o 5.55. My jesteśmy po
odprawie
internetowej, nasze karty pokładowe wydrukowałem w domu, więc możemy podejść do
odprawy bez
kolejki. I tu zaczęły się pierwsze problemy. Nie mogliśmy nadać naszych plecaków
z
karmiatami, trza było osobno i plecak i karmiat... No to ok. Wyciągamy karimaty,
wszystkie
zapasowe repy i nadajemy je osobno. Mamy świadomość, ze szanse, ze dojada z nami
do Santiago
sa nikle, tymbardziej, ze mamy przesiadkę w Londynie i Meksyku. No ale
ryzykujemy. Po nadaniu
karimaty przypominam sobie, że miałem tam zawinięty banner Salomona, który
jakbym zgubił, to
mógłbym chyba tam, już w tej Ameryce zostać...
Po odprawie bagażowej, odprawa paszportowa, później idziemy pod gate, z którego
odlatuje
nasz flug. Dokładnie nas przetrzepują, każą wyciągnąć laptop, aparat, kamerę,
ściągnąć
polary i dopiero wtedy można iść przez bramkę... Jeszcze parę minut i jesteśmy w
Airbusie
A319 British Airways. Miejsca mamy na samym przodzie. Pstrykamy fotki i siadamy.
Jeszcze
parę chwil i wylot. Dwie stewardessy (jedna Olga ;) ) pokazują co robić w razie
niebezpieczeństwa... Jeszcze słucham... :) 7.30 zaczynamy. Aaaa, jeszcze szybkie
mycie
samolotu i start. Luzik. Po 2h jesteśmy na Heathrow. Tam się zaczyna dopiero
odprawa. Nawet
buty trza ściągnąc. Do następnego samolotu mamy trochę czasu, wieć odpoczywamy
na
niewygodnych siedzeniach... W międzyczasie dzwonią do mnie z Radia Katowice,
więc pierwszy
wywiadzik :) Podobno było OK, pełno sms i milych maili. Dzięki! W szkole też
słuchali... O
12 zaczął się boarding time na samolot do Mexico City. Potężny boeing 747
zabierający ponad
500 osób jest zapełniony! Lecimy 12h przez Kanadę i USA. Śpię. W Mexico City
wita nas 27
stopniowy upał... Wakacje... Tutaj mamy 4h na przesiadkę. Musimy wypełnić
wnioski
imigracyjne, dowiedzieć się skąd leci nas samolot do Santiago. Z Angielskim i
informacją na
lotnisku ciężko. Podbijamy te cholerne wnioski i wsiadamy do następnego
samolotu. Troche nas
to już męczy, ale ratuje nas wizja jedzenia na pokładzie, bo na lotnisku drogo,
zresztą nie
mieliśmy jeszcze pesos meksykańskiego... Teraz linie lotnicze Lan Airlines.
Południowoamerykańskie... Jedna ze stewardess pochodzi z Polski :) Mamy miejsce
wszyscy
razem pod koniec samolotu. Siadamy i zasypiamy. Budzi nas jedzenie. Jemy i znowu
śpimy, bo
zmiana czasu robi swoje (7h w stosunku do czasu PL, a w MX juz 22)...
8.02.2007 r.
Budzimy się na wschód Słońca nad Andami. Coś niesamowitego... Lądujemy w
Santiago o 8
tamtejszego czasu, czyli 12 polskiego. Znowu wnioski imigracyjne i cyrk z tym bo
my po hiszpańsku nie panimaju :( No ale wypełniliśmy to i czekamy na nasze bagaże. Są
wszystkie i
o dziwo karimaty tez sa :) Banner tez!Przebieramy się w luźne i krótkie rzeczy. SMSy do Polski, żeśmy dotarli. Jeszcze
tylko
kontrola przy wyjściu z lotniska. Prześwietlili wszystko. Laptop, aparaty,
kamerę itp. Wzięli
nam tylko pół kilo salami :( ;) Dziwny kraj myślę... Potem się okazuje, że fajny
nawet :)Bierzemy taxi i jedziemy do hostelu Indiana. Baaaaardzo specyficzne i
klimatyczne miejsce,
kolorowe. Śpimy tu dwie noce zwiedzając Santiago, stolicę Chile. Szukamy kantoru
i
bankomatów. Wymieniamy kasę na pesos. 1000 pesos to 2$ trza będzie liczyć za
każdym razem...
Kupujemy jakieś żarełko i idziemy spać, jesteśmy padnięci podróżą i zmianą
czasu.
9.02.2007 r.
Wstajemy, robimy szybkie śniadanie i w miasto. Na dworzec po bilety autobusowe
do Osorno,
następnego celu podróży... Kupujemy bilet na 10.02 na 16.45 za 20000 pesos.
Zwiedzamy
miasto. Jesteśmy tez w Polsce, za sprawą wizyty w Ambasadzie RP w Chile.
Niestety ani
Ambasadora ani Konsula nie ma, przyjmuje nas Sekretarz.
10.02.2007 r.
Pożegnanie ze stolicą i hostelem. Pakujemy się, idziemy do centrum kupić butle
gazowe i
picie bo jest niesamowicie ciepło. Zwiedzamy katedrę, kierujemy się przez
centrum na targ z
pamiątkami. Mijamy ludzi którzy, na ogromnych telebimach kibicują swoim
tenisistom, którzy
grają z Rosją w Pucharze Davisa. Oglądali to wtedy wszyscy. A jak nie oglądali
to słuchali w
radio... Niestety Chilijczycy z Ruskimi przegrali i odpadli... Po zakupie
pamiątek jedziemy
metrem na terminal autobusowy. Tam jest WI-FI, zresztą przez to, że byłem
odpowiedzialny za
kontakt z pl za pośrednictwem neta moje pseudo z fifi zmieniło się w wi-fi :) O
16.45
ruszamy autobusem do Osorno. Przed nami 12h jazdy... Znowu. Naczytałem Sie, ze
autobusy w
południowej czesci Ameryki Południowej są bardzo wygodne. Dzielą się na tzw.
Classico, Semi
Cama i Coche Cama. Classico to zwykły autobus, semi cama to autobus, w którym
siedzenia
rozkładają sie do pozycji półleżącej, natomiast coche cama jest najbardziej
luksusowa. Układ
siedzeń jest 2+1, są szerokie, wygodne, dają jedzenie i picie... My do Osorno
jedziemy
Classico bo najtańsze, zresztą wycinając "ass" powstanie nazwa głównego sponsora
:)
Dostajemy koc i poduszkę więc zasypiamy.
11.02.2007 r.
Przed 5 jesteśmy na miejscu. Jestem cholernie zmęczony bo w autobusie było za
mało miejsca
na nogi... Nie mogłem się wyspać. Śpię na dworcu. W międzyczasie reszta
poznajemy na dworcu Jose
i Blue Connecta :) Chcemy jechać do Anticury, ale pierwszy bus dopiero o 10.30,
dlatego
jedziemy do Entre Lagos, krainy jezior polodowcowych. jadąc busem poznajemy co
to znaczy
jeździć szybko i bez zawieszenia. Hardkor. Wysiadamy w Entre. Nic tu nie ma
ciekawego.
Idziemy do kafejki na kawe i ciasto. O 11.30 mamy bus do Anticury. W busie full
ale kierowca
mówi, że spokojnie wejdziemy i my i 16 naszych plecaków :) Jazda. Godzina i
jesteśmy na
miejscu. Fajnie jest bo wreszcie jestem bez zasięgu komórki i mogę ją wyłączyc
:) Niestety w
recepcji campingu w Anticurze angielskiego nie znają i w ruch musza iść rozmówki
i
gestykulacje. Jest 13. Robimy szybki przepak, zabieramy do plecaków rzeczy na
dwa dni,
śpiwór, karrmiat, jedzenie, aparaty, kamerę. Idziemy na najwyższy szczyt parku w
którym
jesteśmy. Kierunek - wulkan Puyehue. Resztę rzeczy zostawiamy w przechowalni.
Jest potwornie
ciepło i duszno. Wstęp na wulkan jest płatny 15 dolców od łebka. Płacimy.
Dowiadujemy się
także, że możemy być pierwszymi Polakami na szczycie. Tak, nam mówi dyrekcja PN,
jednak
szperając w necie już wiem, że takowymi Polakami nie byliśmy...Szkoda... Idziemy
ok 3h do
bazy. Tempo dobre, upał, burza, deszcz. Meldujemy się w schronie. Ja i
dziewczyny zostajemy.
Reszta idzie po wodę. Początkowo chciałem iść z chłopakami, ale, jak się później
okazało
dobrze zrobiłem, że zostałem. Oni poszli po wodę, my przygotowywaliśmy kolację.
W mgnieniu
oka zeszła baaaardzo gęsta mgła, zrobiło się zimno. Jak w górach. Problem tylko,
że
chłopaków nie było. Mija godzina, półtorej. Próbuje krzyczeć, żeby namierzyć ich
głosem.
Nic. W schronie jest niemiecka parka oraz 4 osoby z Chile, jednak nie mówiące po
angielsku.
Jednak międzynarodowy język ratunkowy wygrywa. Idziemy ich szukać. Dziewczyny,
które są
nieźle wystraszone mówię, żeby nigdzie nie szły i czekały w umówionym miejscu.
Tak też jest.
Ja z dwoma chilijczykami uzbrojeni w latarki, gwizdki i aparatowy flash idziemy
ich szukać.
Nawoływanie i po ok. 20 min jesteśmy już w komplecie. Zbieram gratulacje od
Darka za akcję,
chociaż uważam, że każdy by się tak zachował, dziękujemy kolegom z Chile. Jajo
nawet
powiedział, że nigdy nie przypuszczałby, że tak się ucieszy na widok "ryja"
kajmana :)
Heh...Chłopaki się suszą, jemy kolację i idziemy spać do schronu. Jest grubo po
pierwszej w nocy.
12.02.2007 r.
Frodo z Kudziem idą rano po wodę. Ja śpię ile się da, bo hardkorowe poszukiwania
weszły mi w
psychę... Jemy śniadanie, pakujemy sie, bierzemy ze sobą tylko polary, resztę
zostawiamy, bo
szkoda to nosić... Dziś są urodziny Karoliny. 18. Toast wznosimy calcium :) Bo
ma bąbelki.
Życzenia i ruszamy. Pogoda bajka, morze chmur pod nami... Idziemy na szczyt
wulkanu. Nie
ukrywam, że idzie mi się ciężko. Po chorobie nie miałem styczności ze sportem i
różnica
wzniesień daje w dupę. Ale nic. Idę. Po 3h jesteśmy. Niesamowite widoki.
Pstrykamy fotki dla
nas, dla sponsorów, kręcimy filmik i spadamy. Bo niesamowicie piździ. Z góry
zbiegamy. Z
bazy bierzemy rzeczy i marzymy o kąpieli i jedzeniu. Na dole w restauracji
kupujemy blisko
40 bułek świeżo wyjętych z pieca i ze smakiem wcinamy. Siedzimy trochę i ruszamy
dalej. 200m
dalej następny przystanek. Tym razem empanadas. Empanadas to takie duuuuże
pierogi pieczone
w głębokim oleju. Jemy po 4 na głowę. I ruszamy na pole namiotowe. Jeszcze 2 km
i prysznic.
Śmierdzimy nieźle. Ale trudno. Wakacje :) Rozbijamy namioty idziemy się kąpać i
spać. W nocy
zaczyna padać.
13.02.2007 r.
Rano mokro. Lece do recepcji po jakąś cole czy sprite bo nieźle mnie
suszy... Tam też jemy
śniadanie i zamawiamy busa na 15.30 do Osorno. Do 15.30 pakujemy się, korzystamy
z kibla,
zgrywamy fotki, piszemy maile, robimy relacje live itp. O 15.30 przyjeżdża i
pakujemy sie do
środka. Za pare minut będzie zasięg i zostanę zasypany SMSami. W Osorno jesteśmy
po blisko
2h jazdy. Chcemy na dworcu kupić bilety do Bariloche w Argentynie. Niestety
pierwszy wolny
termin to 15.02 11.30... Trudno, musimy tu zostać, mimo, że miasto brzydkie.
Spotykamy
całkiem przypadkowo robiąc zakupy naszego znajomego Jose, który zaprasza nas do
siebie na
dwie noce. Korzystamy. Śpimy u niego.
14.02.2007 r.
Jedziemy rano do miejscowości Bahia Mansa, nad Oceanem Spokojnym, który tego
dnia z nazwą
miał niewiele wspólnego. Wiało, lało. Jak u nas jesień. Zatrzymujemy się w
knajpce. Okazuje
się, że była w niej kiedyś Cameron Diaz. Jemy obiad i lokalne przysmaki. Jako
obiad owoce
morza, niebo w gębie. O 18 wracamy z portu. Leje cały czas :( Wieczorem robimy
zakupy,
dajemy Jose prezenty w podziękowaniu za gościnność. Idziemy spać, bo jutro
Argentyna.
15.02.2007 r.
Wstajemy rano, pakujemy się i fru na Terminal de Omnibus :) Stamtad mamy bus do
Bariloche.
Ja oczywiscie szukam neta, bo trzeba wysłać maile i relacje na www. Reszta robi
zakupy,
pilnuje rzeczy. O 11.30 pakujemy się do autobusu. Przed nami ok. 5h jazdy.
Śpimy. Budzimy
się dopiero na granicy. Musimy iść oddać nasze chilijskie wnioski imigracyjne.
Kontrola,
pieczątki w paszporcie. W autobusie poznajemy australijczyków, którzy podróżują
po Ameryce
Południowej juz pół roku. Fajnie tak :) Sypie śnieg. Jesteśmy na przełęczy i
jest biało.
Zaraz Argentyna i znowu cyrk z wnioskami imigracyjnymi... Tym razem nie musimy
ich już
wypisywać, bo dostaliśmy wypisane w autobusie. Czekamy w kolejce. Z nudów gramy
w
amse-adamse... krawężnikiem :) Z powrotem w autobusie, przed nami zjazd do San
Carlos de
Bariloche. Urywa mi się film i zasypiam. Budzą mnie na dworcu. Wysiadamy i lecę
z Frodem
szukać połączenia do El Calafate. Jest! i są miejsca. Kupujemy bilety do Rio
Gallegos z
przesiadką w Commodoro Rivadavia. Przed nami 24h jazdy. Najpierw camą, później
semi camą.
Mnie przypadło miejsce z "dżadżą" na dole, pozostała szóstka jest u góry. Jajo,
jak zwykle
śpi, budzi się tylko za potrzebą, i jak dają jedzenie. Nic to, ja podziwiam
niesamowite
widoki. Później też kładę się spać.
16.02.2007 r.
W Commodoro Rivadavii mamy być o 8. O 8.15 mamy drugi autobus do Rio Gallegos.
Jest 9.00 a
my dalej w pierwszym. Obsługa angielskiego nie zna, więc nie wiemy czy nas
autobus będzie
czekał. Wszystko jednak jest OK i nas drugi autobus czeka na nas. Pakujemy się
do autobusu i
tam składamy życzenia Łukaszowi, który ma swoje 19. urodziny. Toast tym razem
dwoma
owocowymi jogurtami. Śpimy bo nie da się oglądać za oknem takiego samego widoku
przez 12h. W
Commodoro ravadivii jesteśmy ok 21. Szukamy hotelu. Okazuje się, że rozpoczął
się karnawał
imprezy i wszystko pełne. Robimy przepak, ja z Darkiem i Kudziem idziemy w
poszukiwania
hotelu, reszta czeka. Wszędzie zajęte i zajęte. W końcu znajdujemy miejsce w
hotelu. 6
miejsc w jednym apartamencie, facet w recepcji zgadza się na pobyt w pokoju 8
osób. Ufff.
Lecimy po resztę ekipy i idziemy do hotelu. Korzystamy z mikrofalówki, łóżek,
porządnej
łazienki i ubikacji. Godzina 1.00 wszyscy śpią, tylko ja z Tomkiem "działamy".
On pierze, ja
zgrywam fotki, robię relacje, odpisuje na maile. O 2 padam, śpię do 8.
17.02.2007 r.
Rano zapada decyzja, że Kudzio z Frodem jadą do El Calafate rano, jadą szukać
campingu kupić
bilety na autobus do El Chalten. My ruszamy o 18. Korzystamy z dostępu do pizzy
:) Mniam. O
16 jedziemy autobusem, który trochę przypomina autobus do przewozu więźniów -
cały w
kratach. Heh... Zasypiam z discmanem na uszach, grają mi Pijani Powietrzem :]
Ciekawe, czy
ktos ich już słuchał w Argentynie... Po 4h budzi mnie policjant. Okazuje się, że
musimy się
wylegitymować, choć później widzą, że my nie tutejsi, więc nas olali. Szukają
kogoś.
Wysylamy sms via Polska do Froda, że już jesteśmy, bo przyjechaliśmy godzinę za
wcześnie
(znak po drodze: MAXIMA 40km/h, a my prujemy 75km/h, taki to był kierowca ;) )
Wychodzą po
nas na dworzec. Miasto na pierwszy rzut oka super. Takie Zakopane, tylko nad
jeziorem. Frodo
zaprowadza nas na pole namiotowe. Bardzo fajne zresztą. I tanie. 10zl za noc.
jemy kolacje i
myślimy, jak się popakować ile możemy być w górach itp. W Rio kupiliśmy już
bilety do Buenos
Aires na 22.02. Ok 23 postanawiamy jechać do El Chalten na 3 noce, wracamy 21.02
o 6 rano,
tak, żeby jeden dzień sobie tu przesiedzieć, kupić pamiątki itp. Pakujemy się na
wyjazd do 2
w nocy. Ble... A po 5 pobudka. Dobranoc.
18.02.2007 r.
Pobudka 5.40. Jak zwykle mi się zaspało. Spakowany w 75% więc OK, śniadania nie
jem, bo nie
potrafię jeść tak wcześnie. Pakujemy dwa namioty, które bierzemy ze sobą.
Jedzenie i
wszystko co potrzebne do przeżycia w górach. Jeden namiot zostawiamy rozbity,
rzeczy, które
mogą nam ukraść są w środku, rzeczy których nie powinni nam ukraść, jak na
przykład laptopa,
którego nie miałem ochoty targać pod FItzka zostawiliśmy w przechowalni na
campingu.
5$/dzień. O 7 ruszamy na dworzec. Truchtem, bo, jak zawsze spóźnieni. Okazuje
się, że nie ma
już miejsc na 7.30 i zostaje nam autobus o 8.00. Nic... kupujemy bilet - tam
powrót. W
autobusie siedzimy wśród zajaranych argentyńczyków, którzy na szczęście szybko
zasypiają.
Przed nami 5h jazdy, jazdy bezasfaltowej... Dobrze, że jechałem na samym końcu
bo nie
widziałem tej bajecznej drogi, czułem ją tylko, bo w tyle najbardziej trzęsie.
Wszyscy
zasnęliśmy po jakimś czasie, bo dało o sobie znać zmęczenie i brak snu w
ostatnich dniach.
Na miejscu lecę z Kudziem do siedziby Parku Narodowego zapłacić za wstęp (poodbno
30$). Tam
okazuje się jednak, że wjazd free. Kupujemy przepyszne ciasteczka francuskie z
toffi i
ruszamy. Klimacik, jak w filmie. Dookoła góry, nie ma asfaltu, wszędzie się
kurzy, same 4x4,
pickupy bajka :]
Zaczynamy trek. Przed nami lajcik - 2h do campu. Idziemy spokojnie, pstrykamy
fotki, w
połowie trasy musze się posmarować blokerem, bo wcześniejsza dawka ze mnie
spłynęła...
Mijamy Anglików, Francuzów, Austriaków, Amerykanów. Polaków tez, ale tylko tych
z naszej
grupy ;) Po 2h jesteśmy na miejscu. Camp położony w super miejscu. Z widokiem na
Fitz Roya!
Rozbijamy się, jemy liofilizaty, i skrecamy się z zimna. Piździ, jak w
kieleckiem... Potem
losowanie i ja spadam na dół do El Chalten zalegalizowac bilety autobusowe na
21.02 na 7
rano. Reszta w tym czasie idzie pod Fitzka. Zbiegam na dół w 25 minut,
legalizuje bilety u
chłopaka w kasie, który angielskiego nie zna w ogóle. Pfff ja dobrze po
angielsku nie
nawijam, ale to co tamten robił to bajka.... Francangniem można ten język
nazwać... Kupuje
cole i fru w górę. Półtorej godziny i jestem. A reszty nie ma, nie wrócili
jeszcze.
Zostawiam plecak w namiocie i ide na lekko w poszukiwaniu Polaków. 15 min i
jesteśmy w
komplecie. Przebieramy się, krótka debata przed namiotami i do wyra. Tzn do
śpiwora.
19.02.2007 r.
Pobudka 8, śniadanie i spadamy pod Fitzka i pod lodowiec. Cały dzień mija na
wędrówce.
Niesamowite widoki. Pierwsze spięcie z kol. Adamczykiem... Przychodzimy do campu
padnięci i
cuchnięci... :)
20.02.2007 r.
Noc spędziłem przed namiotem. Dlaczego? Raz, że mnie wkurzyli Frodo Jajo i
Fiołek, który
nawijali pół nocy i nie można było spać, a dwa śmierdziało :D Heh... Wyniosłem
się przed, ... Coś tam Judyta mówiła o pumach ale nie spotkaliśmy jej
;) Rano
pakujemy się i bez śniadania ruszamy na dół, do El Chalten. Tam się rozbijamy,
poznajemy 3
Polaków z Warszawy. Byli tu trochę, wspinali się... Niestety nic ze wspinaczki
nie
wyniknęło, bo pogoda do bani. My się rozbijamy, bierzemy małe plecaki, lecimy do
sklepu,
jemy śniadanie i fru pod Cerro Tore. Po drodze Jajo z powodów zdrowotnych ;)
musi wrócić.
Idziemy w ilości sztuk siedem osób. Trochę przesadziłem z ciuchami. Mam koszulkę
Salomona i
kurtkę. Zdecydowanie za dużo. A nie mam plecaka, więc cierpię... Trafiamy nad
jezioro, wieje
przynajmniej ze sto na godzinę. Robimy fotki i spadamy gdzieś, gdzie nie wieje.
Niestety
cerro tore jakoś tak za chmurką cały czas :( Schodzimy na dół, na pole. Tam
podchodzi do nas
człowiek, który najpierw mówi do nas po hiszpańsku, potem po angielsku, a za
trzecim
podejściem pokazuje się, że to ziomek z os. Tysiaclecia w Kato (stamtąd sa 3
sztuki z naszej
ekipy). Gadamy chwile, idziemy na pizze, wymarzoną do pizzeri w centrum
miasteczka, kupuje
souveniry itp. 1/4kg lodów i można wracać. Wracamy do campu. Tam jeszcze nas
czeka spotkanie
z Antkiem (http://americalatina.blox.pl/), ziom z Kato, ja niestety padam spać.
Jutro 5
pobudka, bo o 7 autobus...
21.02.2007 r.
Wstaje pierwszy, co sie rzadko zdarza, budzę resztę, zwijamy namioty i fru pod
busa. Ja idę
z przodu, inni sie nie śpieszą, no ok, wszak i tak, ja mam wszystkie bilety :].
Skręcam w
uliczkę wcześniej, znając skrótacza, robię fotki wschodu, które nie wychodzą :(
i spotykamy
sie w autobusie. Jest dużo miejsca wiec każdy ma 2 sitzenplatze. Zasypiam. Budzę
się w El
Calafate po 5h. Wracamy do naszego campu. Namiot jest, rzeczy w namiocie tez,
przechowalnia
jest, wiec ok :) W przechowalni jest plecak LowePro podarowany przez sponsora
http://www.torbylowepro.pl z laptopem, o tym marzyłem ostatnie parę dni, żeby
sie jeszcze z
nim widzieć, bo wewnątrz tego płaskiego kompa było 3 tys. naszych fotek... :)
Swoja droga
plecak i torba super. Polecam. Wszystko kupicie na
www.torbylowepro.pl
Wypierdzielam
wszystko z plecaków, szukam tylko sandałów, ręcznika i żelu pod prysznic.
Zaczyna się
najprzyjemniejsze. Pierwsza od paru dni kąpiel. I golenie :] Mmmm.... Potem cala
reszta,
Łukaszowi pod prysznicem skończyła się... woda :) Korek. Muszą czekać. Ja gotowy
do wyjścia.
Czekam z 2 h chyba jak się wszyscy pozbierają. Idziemy na miasto. Kupujemy
pamiątki i
wołowinę :) Rozdzielamy się. Ja poginam z laptopem, zeby porobić relacje i
powysyłać fotki.
Wszędzie kompy sa przyśrubowane wiec nie mogę korzystać z laptopa. W końcu
znajduje WI-FI. W
pizzerii. I sa TV - przez sms via Polska wysyłam do Jaja info, ze są na żywo dwa
mecze
transmitowane Champions League. Przychodzi, zamawiamy po pizzie i oglądamy. Ja
odbieram
maile, wysyłam fotki, relację, gadam na gadulcu z mamą, znajomymi. O 7 wracamy
do campu.
Frodo z Ptasiorem przygotowali wołowinę. z 5 kg :) Za dużo, ale pyszna!!!
Poznajemy w obozie
Kanadyjczyków, którzy chwalą się, że umieją po Polsku powiedzieć "kurwa" No
cóż...Pakuje sie spać bo jestem fest zmęczony. Cała reszta mi mówi, że zająłem pół
namiotu, ale
kto pierwszy ten lepszy. Piszę SMSy do Chorzowa (w PL 3.00- odpisują) ;-) Z
uśmiechem i ze
słuchawkami na uszach, w tle Psio Crew...Dobranoc...
22.02.2007 r.
Dzień wyjazdu.
Niewiele pamiętam co było rano, bo niewyspany i zmęczony. Wiem, że godz. 12.00
jedziemy
autobusem do Rio Gallegos. Tam chwila przerwy i dalej do Buenos Aires przez
Commodoro
Rivadavia. Zasypiam z OSTRym na uszach. W Rio Gallegos dzielimy się na grupy. Ja
z Jajem
lecimy na neta, wypłacam kasę i pizza. Potem z powrotem na dworzec, zmienić
Woyola, który
tam czeka... O 21.30 mamu autobus do Commodoro. Pakujemy bagaże i włazimy do
środka. Zaś
siedzę z Frodem... Ble ;) Heh... Śpimy. Ok. 1 w nocy zatrzymujemy się na dworcu,
ale prawdę
mówiąc nie wiem gdzie, idę do kibla, bo do tego autobusowego, żeby wejść to
chyba musiałbym
głowę na siedzeniu zostawić :( Kupuje zapas coli na drogę, jakieś ciastka
chipsy. Smutne
było to, że kupa dzieci, brudnych, zaniedbanych, sprzedających się jest o tej
porze tam na
dworcu, i to chyba była tam normalna sprawa... Ble. Jedziemy dalej. Śpimy,
wstajemy z Frodem
na wschód Słońca nad Atlantykiem, zresztą i tak za późno.
23.03.2007 r.
W Commodoro przesiadka. Jest 8. Jeszcze tylko... 25h i będziemy na miejscu. Ale
tym razem
cama, więc na leżąco to przejedziemy :] Tak se mogę jeździć. Dostajemy picie
jedzenie. Co
ciekawe o 13 obsługa prosi nas o wyjście. Autobus jedzie do sprzątaczki i myjni.
30 minut na
dworcu. No OK. Kupuje baterie i jak zwykle słucham muzyki. Tym razem Pokahontaz...
Po 30 min
przyjeżdża pachnący autobus. Serio, wyczyścili wszystko, u nich się da... Śpimy,
jemy,
śpiewamy, tańczymy, gadamy, śpimy, jemy... Jajo śpi cały czas.
24.02.2007 r.
Buenos Aires. Ehhh Niestety zaczyna się od kradzieży plecaka Judyty i przykrej
informacji
dla Froda. Z paszportem co gorsza. A do wylotu dwa dni... Brr... Zgłaszamy to na
policję. Od
razu zaczynają działać. Problemem tylko bariera językowa. Szukanie, zeznania,
podpisy i upał
30 stopniowy o 8 rano daje się we znaki. Trzeba jechać na posterunek policji
turystycznej
spisać zeznania. Po angielsku. Później jedziemy do Burzaco, do Polskiego Ośrodka
Młodzieżowego. Tam nam pomagają gospodarze Albert i Jadwiga. Telefony do
konsula, na
komórkę, bo Ambasada otwarta we wtorek, a my w poniedziałek lecimy... :( Ja się
lecę
wykąpać, odświeżyć. Darek z Judytą jadą z jadwiga do Ambasady. Trochę to
wszystko trwa, ale
wszystko idzie OK. Ja tymczasem z resztą ekipy jedziemy do Buenos. Pozwiedzać...
Ale jest
tak gorąco, że wbijamy do Burger Kinga, tam jest klima...Burger jest zaraz pod
placem, gdzie
umówiłem się z Judyta, Darkiem i Frodem. Czekamy i nic. Komórka milczy. Nie
wiemy co robić
Jest późno, na dworzec daleko. Pociągiem, mało przyjemnym zresztą jedzie się pół
godziny.
Ale nic, czekamy. Jesteśmy na najszerszej ulicy Świata - Avenido 9 de Julio (18
pasów).
Dostajemy SMS, że mamy wracać. To OK. Wracamy. Pociągiem o 22.20. Kupuje bilety
dla
wszystkich, znowu pełno dzieciaków, kasa, kasa, oferty itp. Wsiadamy do pociągu.
Pomyślałem,
że sobie kimnę, ileśnas tam czuwa, więc nic mi się nie stanie, jednak wizja snu
szybko mija
po wejściu do wagonu. Nawalone w full, miejsce mamy co prawda, ale koleś
sprzedaje pirackie
CD demonstrując na boomboxie co sprzedaję. Inni sprzedają... linijki, ekierki,
kłodki, piwo,
cole, wodę, hotdogi i ... noże, które wcześniej ostrzą na poręczy pociągu. Heh,
fajne to
było (Aaaa adrenalina...)Jako, że gorąco, jak w Maroko a i późno chce mi się pić. Wszystko zamknięte.
Proszę babkę w
restauracji, która też się zamykała, żeby mi sprzedała Pepsi. Kupuję. Za 5 zł w
kajpie
dostałem 2,5l Pepsi. Mniam. Zanim dochodzimy do POM Pepsi się kończy. Dostaję
SMS, że ekipa
paszportowa będzie za około godzinę. OK. To czekamy. Rozmawiam z Pawłem
(13latkiem z
Burzaco), Albertem o życiu w Argentynie, opowiada mi, że tam wszystko można
kupić na raty.
0% Fajnie mają. Każdą duperelkę na raty. Heh... Nawet klapki. Przyszli. Z
paszportem. Za 55
$ Heh... W zamian dostali Colę, więc śmiejemy się, że to najdroższa Cola - 55
zielonych...
Ale całe szczęście, że wszystko się udało. Koniec dnia pełnego emocji. Śpimy. Ja
na ławce
pod drzewkiem.
25.02.2007 r.
Pobudka 8.00 Budzi mnie telefon z nowym wałkiem Pkhz :) Ide do domku, budzę kol.
Sadłonia i
fru do Kościoła. Msza o 9 miała być. Przychodzimy pod Iglesia ale okazuje się,
że msza o 8 i
10.30. Ja pasuje. Nie czekam. Idę wypłacić kasę i wracam do ośrodka. Jemy
wszyscy śniadanie,
dostaję SMS od Jaja: 'Patrzcie do wyjścia... Lol' Idę i co widzę. Sadłoń jedzie
w
radiowozie... :) Okazało się, że się spytał ich o drogę, bo nie był pewien. Ci
go
podwieźli... O 12.30 jedziemy do Buenos pozwiedzać... Zwiedzamy miasto, jemy
obiad,
zwiedzamy i wracamy po 22 do Burzaco. W pociągu rozmawiamy z parą
argentyńsko-angielską. Ta
Argentynka ma babcię z Białegostoku :) Dojeżdżamy do Burzaco, rozmawiamy jeszcze
trochę i
wskakujemy do basenu. Robię fotki. Potem prysznic i spać. Pakowanie jutro.
26.02.2007 r.
Dzień wyjazdu z Argentyny... Niestety. O 10.40 mamy samolot do Mexico
City via Santiago. O 8
się meldujemy przy odprawie. Idziemy poza kolejnością, ha :) W tym czasie dzwoni
Dyrektor,
potrzebuje info do artykułu, który ukaże się w momencie, gdy będziemy już w PL.
OK.
Obiecałem, ze wyśle... Plecaki wypchane po granicę możliwości :) Ale puszczają.
Dostajemy
karty pokładowe. Ble, jesteśmy rozrzuceni po całym samolocie. Na szczęście mam
window :)
Płacimy jeszcze podatek za... wylot z Argentyny po 18 dolarów od łebka. Ostatnie
tel. do
Polski, bo jeszcze jest za 1.20/min. W samolocie się okazuje, że lecą z nami
zawodnicy CLUB
LIBERTAD - siedmiokrotny mistrz Paragwaju, 3 drużyna Copa Libertadores z 2006 r.
Siedzę
chyba z managerem. Takim bucem :) Miałem miejsce przy oknie, a ten mi pokazuje,
że to on tam
ma. Po angielsku nie kumał, śmiał się ze mnie, ale żech się nie doł. Twardy
synek z
Łagiewnik :) A nie jakiś buc z Paragwaju mi będzie mówił, gdzie on chce
siedzieć... A
jechali na mecz z Club America Mexico. Wygrali 4:1. Copa Libertadores. Wysiadamy
w Santiago.
Odprawa, wydanie ostatnich pesos chilijskich, po raz kolejny przechodzę przez
odprawę z
wielkim scyzorykiem, którego przez przypadek zostawiłem w bagażu podręcznym... I
z powrotem
w samolocie. Tym razem miejsce z jakimś zawodnikiem. Pije cały czas yerba mate a
jak nie
pije to śpi :) Ale coś tam pogadaliśmy - na pewno był sympatyczniejszy, a Polskę
zna dzięki
Papieżowi JP2.Po 12h lotu wysiadamy w Mexico City. I znowu ta sama bajka,
wnioski
imigracyjne, pieczątki, paszporty itp. Hotel mamy zarezerwowany, mamy zadzwonić
do nich po
darmową taksówkę, Dzwoni Frodo. Nieoznakowaną, bo oznakowane są... fałszywe. Ot,
takie to
miasto. :)
Przyjeżdżają dwa białe wozy. Miał być jeden. Coś śmierdzi. Dzwonię do hotelu.
Mówi, że
jednak dwie. Więc OK, wsiadamy. Kierowca nie mówi po angielsku więc cisza.... I
pytanie -
będzie transplantacja, czy hostel?;) Jest hostel. Okazuje się, że trafiłem z
wyborem
znakomicie. Hostel w centrum, warunki w porządku. Mamy pokoik 11 osobowy, bo
najtańszy,
zresztą jest nas ośmiu, dwa kible w środku. facet w recepcji mówi, że miasto
niebezpieczne,
kasę trzymać, dokumenty zostawiać w sejfie hotelowym. Po prostu hardkor ;)
Oczywiście ze
mnie się śmieją, ale ja tam swoje wiedziałem ;)Zostawiamy rzeczy w pokoju i idziemy na miasto. Zjeść coś i kupić picie na noc.
Cola znowu
tańsza! Po przyjściu idziemy do baru który jest u góry na dachu. Niesamowity
widok na
miasto. No i 5 kompów z szybkim netem. Pożyczam pendrive i ściagam OSTRego... 3
dni po
premierze. fajny ten Internet. Idę na dół przegrywam ostrego do laptopa z mp3 na
płytę i
zasypiam z discmanem. Dobranoc.
27.02.2007 r.
Pobudka o 9. Znowu na górę tym razem na śniadanie. Hostel (Hostal Moneda) na
prawdę kozacki
- 30 zł. Internet 24h, śniadanie - szwedzki stół... Jedziemy do Guadalupe.
Później zwiedzamy
miasto. Zleci nam na to cały dzień, bo miasto ogromne... Z ciekawostek to
widzieliśmy
strzelaninę, ale co to takiego :P Spać, jestem padnięty, tym czasie 6 osobom z
teamu wzięło
na wygłupy... Jajo oczywiście śpi.
28.02.2007 r.
Dzień zaczyna się miło. O północy pobudka. Budzą mnie, bo mam dziś urodziny :)
Po cichu
śpiewają sto lat, toast - fantą pomarańczową, życzenia, prezent (koszulka + dwie
ksiązki po
hiszpańsku ;) Super. Telefon wyłączyłem, bo po co ma być włączony, tymbardziej,
że bateria
siada, a tu inne kontakty. W mieście żałoba - wszak wczoraj strzelanina.
Jedziemy na plac Trzech Kultur i wracamy, muszę zgrać fotki na dvd w razie czego, przepakować się
i
przygotować na zimę w GB i PL. Odbieram masę SMS, w tym ten jeden jedyny :P Heh.
PDK! O 16
przyjeżdża taksówka, tym razem biały van, z przyciemnianymi szybami. gangsta rlz!
Pakujemy
się do Dodge`a i jedziemy słuchając na maxa lokalnej muzyki. Dostajemy ja
później w
prezencie. Na lotnisku robimy bazę, ja idę szukać sombrero :) Reszta siedzi,
śpi, szuka
lodów itp. Poznajemy kolejnych Polaków, tym razem z Rudy Śląskiej :) Rudzki Klub
Grotołazów.
Wracają też do Polski, ale Air Francem, my Britishem. W międzyczasie ważymy
nasze plecaki,
są za ciężkie. mały przepak i podbijamy. Dostajemy karty pokładowe, wszyscy
razem, pod
koniec Jumbo Jeta (Boeing 747). Zas z Frodem ;) Hehe. Wylot miał być o 20,40,
jednak coś się
tam zepsuło w samolocie i startujemy godzinę później. W samolocie już nudno.
Rozrywką są
turbulencję. Takich jeszcze nie było. Takie z filmu. Napoje się wylewają, kubki
latają. Heh.
A-a-a-adrenalina :)
1.03.2007 r.
London Heathrow.Lotnisko. Tez cyrki. Wysiadamy na Terminalu 4. Dziwnie
wyglądamy, krótkie
galotki, sandały, krótkie rękawki. trochę piździ. Transportujemy się do
Terminalu 1 skąd
mamy fliga do Warszawy. Jest 14 - mamy 4h. Angole jak zwykle kontrolują wszystko
co się da.
Laptopa otworzyć, odpalić, buty ściągnąć itp. Przechodzimy przez kontrolę.
Przystanek -
kibel. Nudno tu, ja chce być w domu. Z Londynu pamiętam wkręt Jaja, kanapkę za
25zł, 0,5l
Coli za 7... kłótnię z Adamem i Melexa. Czekamy na boarding time. O 17 info -
samolot do
Warszawy o 18.05 opóźniony. Polecimy o 19. Ble. Włazimy na pokład.
Najwygodniejszy samolot.
2h i jesteśmy na Okęciu. 22. Za 2h mamy pociąg do Katowic. Szybko przechodzimy
odprawę.
Piździ mi jeszcze bardziej. Czekamy na plecaki. ufff jest mój, czyli mam też
nogawki :] o
22.50 jedziemy autobusem na dw. centralny. Pociąg o 0.15. Kupuje bilety (jak ja
to kocham
robić). Babka nie chce sprzedać, mówi, z nie ma miejsc, potem jej cos do kompa
nie
wchodziło, jak zwykle się pokłóciłem z kasjerką ale o 23.40 mamy 8 tiketów z
miejscówką bez
wskazania miejsca. Wniosek - 4h stania. Idziemy do pizzerii.
2.03.2007 r.
Jemy pizze i idziemy na peron. Trochę ludzi jest. Na pewno stoimy. Pakujemy się
do wagonu,
ruszamy i dajemy prezent dla Jaja. Ma urodziny. 19. Stoi to nie śpi. Tzn jajo :]
Ja siadam w
przedziale. jest jeden sitzplatz. Siedzę aż do Katowic. Kontrola biletów. Kudzio
przez pół
roku jeździł na nieważnej legitymacji :] Heh, dopłata. Ja na szczęście kupiłem
normalny
bilet, bo legitymacje zostawiłem w domu... Wojsko wraca do domu. Ochrona
interweniuje... A to Polska właśnie...4.50 Katowice PKP. Wychodzimy z pociągu
błyskają flashe :)Wreszcie. Silesia. Rodzice. i OSTR w samochodzie ;] o 5.10 w domu. Żur i
kapusta. Mieszanka wybuchowa. Koniec wyprawy. O 14 zasypiam...
Cieszę się, że się udało. Cieszę się, że nie nawaliłem. To co miałem załatwić,
załatwiłem. Nawet więcej. W młodym wieku. Mogą się śmiać ze mnie, że prezes, że
co chwilę coś załatwiam, że nie mam czasu na nić. Niech się śmieją. Ale najpierw
niech zrobią...
Kajetan Dobrowolski - kajman
Ze swej strony dziękuję szczególnie:
Mamie, Tacie, Babci, Dziadkowi za kibicowanie i sponsorowanie :) I pomoc,
wyrozumiałość, bla bla bla :)
sae2007team - za współpracę przed, podczas i po
wyprawie...
Kasi Góraj - Kozłowskiej - za wskazówki dotyczące Meksyku;
Andrzejowi Kaźmirowskiemu (wynajmij.to) - za okazaną pomoc, za serwer...
Michałowi Kowalskiego (SzFG Zakopane) - za wskazówki;
Katarzynie Teodorowicz,
Ryszardowi Broniewicz (Salomon Polska) - za zaufanie i wsparcie w postaci
sprzętu firmy Salomon;
Jolancie Wielickiej (Julbo, Himal Sport) - za
zasponsorowanie okularów Julbo;
Mateuszowi Kwiecińskiemu (www.fotozakupy.pl)
- za zasponsorowanie profesjonalnego sprzętu fotograficznego;
Bogdanowi
Sporek (www.torbylowepro.pl) - za zasponsorowanie profesjonalnego plecaka na
sprzęt fotograficzny oraz laptop oraz torby na aparat fotograficzny znanej marki
Lowepro;
Karolinie Ossowskiej (EURO26) - za podarowanie nam 7 kart EURO26
wersji SPORT;
Dawidowi Szweda (Chorzowianin) - za współpracę na linii wyprawa
- Chorzowianin
Dyrekcji ZS SRKAK - za zaufanie...
wszystkim, którzy
trzymali kciuki i za mnie i za powodzenie CLICO South America Expedition
sobie - za wiarę...
Jeśli masz
jakieś pytania, planujesz podróż do miejsc, które zwiedziłem, wal śmiało:
tel. 500 032 032
mail: kajman@sae2007.com
Wkrótce zamieszczę zestawienie cen.
|