clico south america expedition


                                      
     

Wszystkim, którzy nie wierzyli, ze podołam organizacji...
Wszystkim, którzy czasem szli pod górę...
Wszystkim, którzy pomagali...
Wszystkim, pokazując, że da się nawet w tak młodym wieku zorganizować wyjazd na inny
kontynent...


 

Tak naprawdę start CLICO South America Expedition to październik 2005. Wtedy spotkałem się z Darkiem, z którym zacząłem luźno gadać o pomyśle organizacji wyprawy szkolnej "gdzieś dalej"... Znamy się od 12 lat, dlatego wiedziałem, ze na bank pojedziemy gdzieś w góry, ponieważ są one naszą pasją. Padł pomysł Ameryki Południowej. Maaaatko, jak to daleko. No ale nic, zebrała się ekipa ludzi, którzy chcieli pojechać i zaczęliśmy organizowanie wszystkiego co potrzebne, głównie kasy...Godzina zero to moim zdaniem tydzień przed wyjazdem, wtedy to spałem po 2-3h dziennie. Pytania, czy wszystko dopięte na ostatni guzik, ostatnie spotkania ze sponsorami, odbiór sprzętu od sponsorów, przygotowanie potrzebnych rzeczy, pakowanie, spotkanie w mediach, wywiady, zakupy. Jednym słowem "reisen fieber".

6.02.2007 r.
Dzień początku wyprawy. Tego dnia wyjeżdżaliśmy do Warszawy. Co prawda po południu, ale od rana wir. Zamiana kasy w kantorze, kupno ostatniego sprzętu, odbiór naklejek w drukarni
jednej, drugiej, przede wszystkim pakowanie... Kto mnie zna, wie, ze lubię zabierać ciuchy na wyjazdy, trochę ich mam, wiec musiałem wybrać te najpotrzebniejsze, no i najlżejsze rzecz
jasna, bo ograniczenia lotnicze swoje robiły... 23kg... + bagaż podręczny. Atmosfera gorąca. O 14, czyli 4 h przed wyjazdem telefon. Ze szkoły. Dzwoni Pani Dyrektor, do Rodziców, ze ja to i tamto. Podejrzewam, ze nic tak nie ucieszyło mojej mamy, jak ten telefon na 4h przed pierwszym tak dalekim wyjazdem syna... Na drugą półkule, jakby nie było. No cóż... Można było pomyśleć... Ale co tam... Można i tak... Pakuje się dalej. Teraz bagaż podręczny: laptop, aparat, karty SD, discman z CD, miś, który jest prawie tak stary, jak ja :), teczka z bannerami i naklejkami sponsorów. Spakowane. Można jechać. Godzina 17 wyjeżdżam na dworzec PKP. O wpół do umówiliśmy się pod zegarem z resztą sae2007team, jak się
nazwaliśmy. Stawiamy się w komplecie na przeciwko kas, bo pod zegarem trochę piździ. Ostatnie dni zimna... Każdy z uczestników był za coś odpowiedzialny - moją działką był transport, czyli pociąg do Stolicy, samoloty i transport na miejscu oraz kontakt z PL poprzez maile, tel itp. oraz relacja w necie. Sprawdzam więc peron, z którego odjeżdża nas pociąg do Chile... :) Czekamy chwile na peronie, za chwile wjeżdżają wagony. Spoglądam na miejscówki - mamy wagon nr 8. Ostatni. Pakujemy się z betami. Pożegnanie z rodzicami, znajomymi. O 18 ruszamy InterCity do Warszawy. Zaczęło się. Jedziemy blisko 3h. Wysiadamy na Centralnym i kierujemy się w stronę lotniska. Wsiadamy w autobus komunikacji miejskiej, ja kupuje bilety na airport. Okazuje się, że są tańsze niż na Śląsku, zresztą bilet z Katowic do Pyrzowic kosztuje 28zł, tam 3zł... Da się... A mówią, że "Warszafka"... Przed 22 jesteśmy na Okęciu. Szukamy miejscówki do przekiblowania do rana. Jest pusto, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Najpierw i tak siedzimy w knajpce do pierwszej. Szybka relacja na żywo, jeszcze można, bo iPlus działa bez roamingu ;)

7.02.2007 r.
Około 2 lecę porobić parę nocnych fotek i czeka nas kimanie do rana... Samolot mamy o 7.30, wiec około 5.30 powinna zacząć się odprawa. Zaczęła się o 5.55. My jesteśmy po odprawie
internetowej, nasze karty pokładowe wydrukowałem w domu, więc możemy podejść do odprawy bez kolejki. I tu zaczęły się pierwsze problemy. Nie mogliśmy nadać naszych plecaków z
karmiatami, trza było osobno i plecak i karmiat... No to ok. Wyciągamy karimaty, wszystkie zapasowe repy i nadajemy je osobno. Mamy świadomość, ze szanse, ze dojada z nami do Santiago sa nikle, tymbardziej, ze mamy przesiadkę w Londynie i Meksyku. No ale ryzykujemy. Po nadaniu karimaty przypominam sobie, że miałem tam zawinięty banner Salomona, który jakbym zgubił, to mógłbym chyba tam, już w tej Ameryce zostać...
Po odprawie bagażowej, odprawa paszportowa, później idziemy pod gate, z którego odlatuje nasz flug. Dokładnie nas przetrzepują, każą wyciągnąć laptop, aparat, kamerę, ściągnąć polary i dopiero wtedy można iść przez bramkę... Jeszcze parę minut i jesteśmy w Airbusie A319 British Airways. Miejsca mamy na samym przodzie. Pstrykamy fotki i siadamy. Jeszcze parę chwil i wylot. Dwie stewardessy (jedna Olga ;) ) pokazują co robić w razie niebezpieczeństwa... Jeszcze słucham... :) 7.30 zaczynamy. Aaaa, jeszcze szybkie mycie samolotu i start. Luzik. Po 2h jesteśmy na Heathrow. Tam się zaczyna dopiero odprawa. Nawet buty trza ściągnąc. Do następnego samolotu mamy trochę czasu, wieć odpoczywamy na niewygodnych siedzeniach... W międzyczasie dzwonią do mnie z Radia Katowice, więc pierwszy wywiadzik :) Podobno było OK, pełno sms i milych maili. Dzięki! W szkole też słuchali... O 12 zaczął się boarding time na samolot do Mexico City. Potężny boeing 747 zabierający ponad 500 osób jest zapełniony! Lecimy 12h przez Kanadę i USA. Śpię. W Mexico City wita nas 27 stopniowy upał... Wakacje... Tutaj mamy 4h na przesiadkę. Musimy wypełnić wnioski imigracyjne, dowiedzieć się skąd leci nas samolot do Santiago. Z Angielskim i informacją na lotnisku ciężko. Podbijamy te cholerne wnioski i wsiadamy do następnego samolotu. Troche nas to już męczy, ale ratuje nas wizja jedzenia na pokładzie, bo na lotnisku drogo, zresztą nie mieliśmy jeszcze pesos meksykańskiego... Teraz linie lotnicze Lan Airlines. Południowoamerykańskie... Jedna ze stewardess pochodzi z Polski :) Mamy miejsce wszyscy razem pod koniec samolotu. Siadamy i zasypiamy. Budzi nas jedzenie. Jemy i znowu śpimy, bo zmiana czasu robi swoje (7h w stosunku do czasu PL, a w MX juz 22)...

8.02.2007 r.
Budzimy się na wschód Słońca nad Andami. Coś niesamowitego... Lądujemy w Santiago o 8 tamtejszego czasu, czyli 12 polskiego. Znowu wnioski imigracyjne i cyrk z tym bo my po hiszpańsku nie panimaju :( No ale wypełniliśmy to i czekamy na nasze bagaże. Są wszystkie i o dziwo karimaty tez sa :) Banner tez!Przebieramy się w luźne i krótkie rzeczy. SMSy do Polski, żeśmy dotarli. Jeszcze tylko kontrola przy wyjściu z lotniska. Prześwietlili wszystko. Laptop, aparaty, kamerę itp. Wzięli nam tylko pół kilo salami :( ;) Dziwny kraj myślę... Potem się okazuje, że fajny nawet :)Bierzemy taxi i jedziemy do hostelu Indiana. Baaaaardzo specyficzne i klimatyczne miejsce, kolorowe. Śpimy tu dwie noce zwiedzając Santiago, stolicę Chile. Szukamy kantoru i bankomatów. Wymieniamy kasę na pesos. 1000 pesos to 2$ trza będzie liczyć za każdym razem... Kupujemy jakieś żarełko i idziemy spać, jesteśmy padnięci podróżą i zmianą czasu.

9.02.2007 r.
Wstajemy, robimy szybkie śniadanie i w miasto. Na dworzec po bilety autobusowe do Osorno, następnego celu podróży... Kupujemy bilet na 10.02 na 16.45 za 20000 pesos. Zwiedzamy miasto. Jesteśmy tez w Polsce, za sprawą wizyty w Ambasadzie RP w Chile. Niestety ani Ambasadora ani Konsula nie ma, przyjmuje nas Sekretarz.

10.02.2007 r.
Pożegnanie ze stolicą i hostelem. Pakujemy się, idziemy do centrum kupić butle gazowe i picie bo jest niesamowicie ciepło. Zwiedzamy katedrę, kierujemy się przez centrum na targ z
pamiątkami. Mijamy ludzi którzy, na ogromnych telebimach kibicują swoim tenisistom, którzy grają z Rosją w Pucharze Davisa. Oglądali to wtedy wszyscy. A jak nie oglądali to słuchali w radio... Niestety Chilijczycy z Ruskimi przegrali i odpadli... Po zakupie pamiątek jedziemy metrem na terminal autobusowy. Tam jest WI-FI, zresztą przez to, że byłem odpowiedzialny za kontakt z pl za pośrednictwem neta moje pseudo z fifi zmieniło się w wi-fi :) O 16.45 ruszamy autobusem do Osorno. Przed nami 12h jazdy... Znowu. Naczytałem Sie, ze autobusy w południowej czesci Ameryki Południowej są bardzo wygodne. Dzielą się na tzw. Classico, Semi Cama i Coche Cama. Classico to zwykły autobus, semi cama to autobus, w którym siedzenia rozkładają sie do pozycji półleżącej, natomiast coche cama jest najbardziej luksusowa. Układ siedzeń jest 2+1, są szerokie, wygodne, dają jedzenie i picie... My do Osorno jedziemy Classico bo najtańsze, zresztą wycinając "ass" powstanie nazwa głównego sponsora :)
Dostajemy koc i poduszkę więc zasypiamy.

11.02.2007 r.
Przed 5 jesteśmy na miejscu. Jestem cholernie zmęczony bo w autobusie było za mało miejsca na nogi... Nie mogłem się wyspać. Śpię na dworcu. W międzyczasie reszta poznajemy na dworcu Jose i Blue Connecta :) Chcemy jechać do Anticury, ale pierwszy bus dopiero o 10.30, dlatego jedziemy do Entre Lagos, krainy jezior polodowcowych. jadąc busem poznajemy co to znaczy jeździć szybko i bez zawieszenia. Hardkor. Wysiadamy w Entre. Nic tu nie ma ciekawego. Idziemy do kafejki na kawe i ciasto. O 11.30 mamy bus do Anticury. W busie full ale kierowca
mówi, że spokojnie wejdziemy i my i 16 naszych plecaków :) Jazda. Godzina i jesteśmy na miejscu. Fajnie jest bo wreszcie jestem bez zasięgu komórki i mogę ją wyłączyc :) Niestety w
recepcji campingu w Anticurze angielskiego nie znają i w ruch musza iść rozmówki i gestykulacje. Jest 13. Robimy szybki przepak, zabieramy do plecaków rzeczy na dwa dni, śpiwór, karrmiat, jedzenie, aparaty, kamerę. Idziemy na najwyższy szczyt parku w którym jesteśmy. Kierunek - wulkan Puyehue. Resztę rzeczy zostawiamy w przechowalni. Jest potwornie ciepło i duszno. Wstęp na wulkan jest płatny 15 dolców od łebka. Płacimy. Dowiadujemy się także, że możemy być pierwszymi Polakami na szczycie. Tak, nam mówi dyrekcja PN, jednak
szperając w necie już wiem, że takowymi Polakami nie byliśmy...Szkoda... Idziemy ok 3h do bazy. Tempo dobre, upał, burza, deszcz. Meldujemy się w schronie. Ja i dziewczyny zostajemy. Reszta idzie po wodę. Początkowo chciałem iść z chłopakami, ale, jak się później okazało dobrze zrobiłem, że zostałem. Oni poszli po wodę, my przygotowywaliśmy kolację. W mgnieniu oka zeszła baaaardzo gęsta mgła, zrobiło się zimno. Jak w górach. Problem tylko, że chłopaków nie było. Mija godzina, półtorej. Próbuje krzyczeć, żeby namierzyć ich głosem.
Nic. W schronie jest niemiecka parka oraz 4 osoby z Chile, jednak nie mówiące po angielsku. Jednak międzynarodowy język ratunkowy wygrywa. Idziemy ich szukać. Dziewczyny, które są
nieźle wystraszone mówię, żeby nigdzie nie szły i czekały w umówionym miejscu. Tak też jest. Ja z dwoma chilijczykami uzbrojeni w latarki, gwizdki i aparatowy flash idziemy ich szukać.
Nawoływanie i po ok. 20 min jesteśmy już w komplecie. Zbieram gratulacje od Darka za akcję, chociaż uważam, że każdy by się tak zachował, dziękujemy kolegom z Chile. Jajo nawet powiedział, że nigdy nie przypuszczałby, że tak się ucieszy na widok "ryja" kajmana :) Heh...Chłopaki się suszą, jemy kolację i idziemy spać do schronu. Jest grubo po pierwszej w nocy.

12.02.2007 r.
Frodo z Kudziem idą rano po wodę. Ja śpię ile się da, bo hardkorowe poszukiwania weszły mi w psychę... Jemy śniadanie, pakujemy sie, bierzemy ze sobą tylko polary, resztę zostawiamy, bo szkoda to nosić... Dziś są urodziny Karoliny. 18. Toast wznosimy calcium :) Bo ma bąbelki. Życzenia i ruszamy. Pogoda bajka, morze chmur pod nami... Idziemy na szczyt wulkanu. Nie
ukrywam, że idzie mi się ciężko. Po chorobie nie miałem styczności ze sportem i różnica wzniesień daje w dupę. Ale nic. Idę. Po 3h jesteśmy. Niesamowite widoki. Pstrykamy fotki dla
nas, dla sponsorów, kręcimy filmik i spadamy. Bo niesamowicie piździ. Z góry zbiegamy. Z bazy bierzemy rzeczy i marzymy o kąpieli i jedzeniu. Na dole w restauracji kupujemy blisko 40 bułek świeżo wyjętych z pieca i ze smakiem wcinamy. Siedzimy trochę i ruszamy dalej. 200m dalej następny przystanek. Tym razem empanadas. Empanadas to takie duuuuże pierogi pieczone w głębokim oleju. Jemy po 4 na głowę. I ruszamy na pole namiotowe. Jeszcze 2 km i prysznic. Śmierdzimy nieźle. Ale trudno. Wakacje :) Rozbijamy namioty idziemy się kąpać i spać. W nocy zaczyna padać.

13.02.2007 r.
Rano mokro. Lece do recepcji po jakąś cole czy sprite bo nieźle mnie suszy... Tam też jemy śniadanie i zamawiamy busa na 15.30 do Osorno. Do 15.30 pakujemy się, korzystamy z kibla, zgrywamy fotki, piszemy maile, robimy relacje live itp. O 15.30 przyjeżdża i pakujemy sie do środka. Za pare minut będzie zasięg i zostanę zasypany SMSami. W Osorno jesteśmy po blisko 2h jazdy. Chcemy na dworcu kupić bilety do Bariloche w Argentynie. Niestety pierwszy wolny termin to 15.02 11.30... Trudno, musimy tu zostać, mimo, że miasto brzydkie. Spotykamy całkiem przypadkowo robiąc zakupy naszego znajomego Jose, który zaprasza nas do siebie na dwie noce. Korzystamy. Śpimy u niego.

14.02.2007 r.
Jedziemy rano do miejscowości Bahia Mansa, nad Oceanem Spokojnym, który tego dnia z nazwą miał niewiele wspólnego. Wiało, lało. Jak u nas jesień. Zatrzymujemy się w knajpce. Okazuje się, że była w niej kiedyś Cameron Diaz. Jemy obiad i lokalne przysmaki. Jako obiad owoce morza, niebo w gębie. O 18 wracamy z portu. Leje cały czas :( Wieczorem robimy zakupy, dajemy Jose prezenty w podziękowaniu za gościnność. Idziemy spać, bo jutro Argentyna.

15.02.2007 r.
Wstajemy rano, pakujemy się i fru na Terminal de Omnibus :) Stamtad mamy bus do Bariloche. Ja oczywiscie szukam neta, bo trzeba wysłać maile i relacje na www. Reszta robi zakupy, pilnuje rzeczy. O 11.30 pakujemy się do autobusu. Przed nami ok. 5h jazdy. Śpimy. Budzimy się dopiero na granicy. Musimy iść oddać nasze chilijskie wnioski imigracyjne. Kontrola, pieczątki w paszporcie. W autobusie poznajemy australijczyków, którzy podróżują po Ameryce Południowej juz pół roku. Fajnie tak :) Sypie śnieg. Jesteśmy na przełęczy i jest biało. Zaraz Argentyna i znowu cyrk z wnioskami imigracyjnymi... Tym razem nie musimy ich już wypisywać, bo dostaliśmy wypisane w autobusie. Czekamy w kolejce. Z nudów gramy w amse-adamse... krawężnikiem :) Z powrotem w autobusie, przed nami zjazd do San Carlos de Bariloche. Urywa mi się film i zasypiam. Budzą mnie na dworcu. Wysiadamy i lecę z Frodem szukać połączenia do El Calafate. Jest! i są miejsca. Kupujemy bilety do Rio Gallegos z przesiadką w Commodoro Rivadavia. Przed nami 24h jazdy. Najpierw camą, później semi camą. Mnie przypadło miejsce z "dżadżą" na dole, pozostała szóstka jest u góry. Jajo, jak zwykle śpi, budzi się tylko za potrzebą, i jak dają jedzenie. Nic to, ja podziwiam niesamowite widoki. Później też kładę się spać.

16.02.2007 r.
W Commodoro Rivadavii mamy być o 8. O 8.15 mamy drugi autobus do Rio Gallegos. Jest 9.00 a my dalej w pierwszym. Obsługa angielskiego nie zna, więc nie wiemy czy nas autobus będzie czekał. Wszystko jednak jest OK i nas drugi autobus czeka na nas. Pakujemy się do autobusu i tam składamy życzenia Łukaszowi, który ma swoje 19. urodziny. Toast tym razem dwoma owocowymi jogurtami. Śpimy bo nie da się oglądać za oknem takiego samego widoku przez 12h. W Commodoro ravadivii jesteśmy ok 21. Szukamy hotelu. Okazuje się, że rozpoczął się karnawał imprezy i wszystko pełne. Robimy przepak, ja z Darkiem i Kudziem idziemy w poszukiwania hotelu, reszta czeka. Wszędzie zajęte i zajęte. W końcu znajdujemy miejsce w hotelu. 6 miejsc w jednym apartamencie, facet w recepcji zgadza się na pobyt w pokoju 8 osób. Ufff. Lecimy po resztę ekipy i idziemy do hotelu. Korzystamy z mikrofalówki, łóżek, porządnej łazienki i ubikacji. Godzina 1.00 wszyscy śpią, tylko ja z Tomkiem "działamy". On pierze, ja zgrywam fotki, robię relacje, odpisuje na maile. O 2 padam, śpię do 8.

17.02.2007 r.
Rano zapada decyzja, że Kudzio z Frodem jadą do El Calafate rano, jadą szukać campingu kupić bilety na autobus do El Chalten. My ruszamy o 18. Korzystamy z dostępu do pizzy :) Mniam. O 16 jedziemy autobusem, który trochę przypomina autobus do przewozu więźniów - cały w kratach. Heh... Zasypiam z discmanem na uszach, grają mi Pijani Powietrzem :] Ciekawe, czy ktos ich już słuchał w Argentynie... Po 4h budzi mnie policjant. Okazuje się, że musimy się wylegitymować, choć później widzą, że my nie tutejsi, więc nas olali. Szukają kogoś. Wysylamy sms via Polska do Froda, że już jesteśmy, bo przyjechaliśmy godzinę za wcześnie (znak po drodze: MAXIMA 40km/h, a my prujemy 75km/h, taki to był kierowca ;) ) Wychodzą po nas na dworzec. Miasto na pierwszy rzut oka super. Takie Zakopane, tylko nad jeziorem. Frodo zaprowadza nas na pole namiotowe. Bardzo fajne zresztą. I tanie. 10zl za noc. jemy kolacje i myślimy, jak się popakować ile możemy być w górach itp. W Rio kupiliśmy już bilety do Buenos Aires na 22.02. Ok 23 postanawiamy jechać do El Chalten na 3 noce, wracamy 21.02 o 6 rano, tak, żeby jeden dzień sobie tu przesiedzieć, kupić pamiątki itp. Pakujemy się na wyjazd do 2 w nocy. Ble... A po 5 pobudka. Dobranoc.

18.02.2007 r.
Pobudka 5.40. Jak zwykle mi się zaspało. Spakowany w 75% więc OK, śniadania nie jem, bo nie potrafię jeść tak wcześnie. Pakujemy dwa namioty, które bierzemy ze sobą. Jedzenie i wszystko co potrzebne do przeżycia w górach. Jeden namiot zostawiamy rozbity, rzeczy, które mogą nam ukraść są w środku, rzeczy których nie powinni nam ukraść, jak na przykład laptopa, którego nie miałem ochoty targać pod FItzka zostawiliśmy w przechowalni na campingu. 5$/dzień. O 7 ruszamy na dworzec. Truchtem, bo, jak zawsze spóźnieni. Okazuje się, że nie ma już miejsc na 7.30 i zostaje nam autobus o 8.00. Nic... kupujemy bilet - tam powrót. W autobusie siedzimy wśród zajaranych argentyńczyków, którzy na szczęście szybko zasypiają. Przed nami 5h jazdy, jazdy bezasfaltowej... Dobrze, że jechałem na samym końcu bo nie widziałem tej bajecznej drogi, czułem ją tylko, bo w tyle najbardziej trzęsie. Wszyscy zasnęliśmy po jakimś czasie, bo dało o sobie znać zmęczenie i brak snu w ostatnich dniach. Na miejscu lecę z Kudziem do siedziby Parku Narodowego zapłacić za wstęp (poodbno 30$). Tam okazuje się jednak, że wjazd free. Kupujemy przepyszne ciasteczka francuskie z toffi i ruszamy. Klimacik, jak w filmie. Dookoła góry, nie ma asfaltu, wszędzie się kurzy, same 4x4, pickupy bajka :]
Zaczynamy trek. Przed nami lajcik - 2h do campu. Idziemy spokojnie, pstrykamy fotki, w połowie trasy musze się posmarować blokerem, bo wcześniejsza dawka ze mnie spłynęła... Mijamy Anglików, Francuzów, Austriaków, Amerykanów. Polaków tez, ale tylko tych z naszej grupy ;) Po 2h jesteśmy na miejscu. Camp położony w super miejscu. Z widokiem na Fitz Roya! Rozbijamy się, jemy liofilizaty, i skrecamy się z zimna. Piździ, jak w kieleckiem... Potem losowanie i ja spadam na dół do El Chalten zalegalizowac bilety autobusowe na 21.02 na 7 rano. Reszta w tym czasie idzie pod Fitzka. Zbiegam na dół w 25 minut, legalizuje bilety u chłopaka w kasie, który angielskiego nie zna w ogóle. Pfff ja dobrze po angielsku nie nawijam, ale to co tamten robił to bajka.... Francangniem można ten język nazwać... Kupuje cole i fru w górę. Półtorej godziny i jestem. A reszty nie ma, nie wrócili jeszcze. Zostawiam plecak w namiocie i ide na lekko w poszukiwaniu Polaków. 15 min i jesteśmy w komplecie. Przebieramy się, krótka debata przed namiotami i do wyra. Tzn do śpiwora.

19.02.2007 r.
Pobudka 8, śniadanie i spadamy pod Fitzka i pod lodowiec. Cały dzień mija na wędrówce.
Niesamowite widoki. Pierwsze spięcie z kol. Adamczykiem... Przychodzimy do campu padnięci i cuchnięci... :)

20.02.2007 r.
Noc spędziłem przed namiotem. Dlaczego? Raz, że mnie wkurzyli Frodo Jajo i Fiołek, który nawijali pół nocy i nie można było spać, a dwa śmierdziało :D Heh... Wyniosłem się przed, ... Coś tam Judyta mówiła o pumach ale nie spotkaliśmy jej ;) Rano pakujemy się i bez śniadania ruszamy na dół, do El Chalten. Tam się rozbijamy, poznajemy 3 Polaków z Warszawy. Byli tu trochę, wspinali się... Niestety nic ze wspinaczki nie wyniknęło, bo pogoda do bani. My się rozbijamy, bierzemy małe plecaki, lecimy do sklepu, jemy śniadanie i fru pod Cerro Tore. Po drodze Jajo z powodów zdrowotnych ;) musi wrócić. Idziemy w ilości sztuk siedem osób. Trochę przesadziłem z ciuchami. Mam koszulkę Salomona i kurtkę. Zdecydowanie za dużo. A nie mam plecaka, więc cierpię... Trafiamy nad jezioro, wieje przynajmniej ze sto na godzinę. Robimy fotki i spadamy gdzieś, gdzie nie wieje. Niestety cerro tore jakoś tak za chmurką cały czas :( Schodzimy na dół, na pole. Tam podchodzi do nas
człowiek, który najpierw mówi do nas po hiszpańsku, potem po angielsku, a za trzecim podejściem pokazuje się, że to ziomek z os. Tysiaclecia w Kato (stamtąd sa 3 sztuki z naszej ekipy). Gadamy chwile, idziemy na pizze, wymarzoną do pizzeri w centrum miasteczka, kupuje souveniry itp. 1/4kg lodów i można wracać. Wracamy do campu. Tam jeszcze nas czeka spotkanie
z Antkiem (http://americalatina.blox.pl/), ziom z Kato, ja niestety padam spać. Jutro 5 pobudka, bo o 7 autobus...

21.02.2007 r.
Wstaje pierwszy, co sie rzadko zdarza, budzę resztę, zwijamy namioty i fru pod busa. Ja idę z przodu, inni sie nie śpieszą, no ok, wszak i tak, ja mam wszystkie bilety :]. Skręcam w uliczkę wcześniej, znając skrótacza, robię fotki wschodu, które nie wychodzą :( i spotykamy sie w autobusie. Jest dużo miejsca wiec każdy ma 2 sitzenplatze. Zasypiam. Budzę się w El Calafate po 5h. Wracamy do naszego campu. Namiot jest, rzeczy w namiocie tez, przechowalnia jest, wiec ok :) W przechowalni jest plecak LowePro podarowany przez sponsora http://www.torbylowepro.pl z laptopem, o tym marzyłem ostatnie parę dni, żeby sie jeszcze z nim widzieć, bo wewnątrz tego płaskiego kompa było 3 tys. naszych fotek... :) Swoja droga plecak i torba super. Polecam. Wszystko kupicie na www.torbylowepro.pl
Wypierdzielam wszystko z plecaków, szukam tylko sandałów, ręcznika i żelu pod prysznic. Zaczyna się najprzyjemniejsze. Pierwsza od paru dni kąpiel. I golenie :] Mmmm.... Potem cala reszta, Łukaszowi pod prysznicem skończyła się... woda :) Korek. Muszą czekać. Ja gotowy do wyjścia. Czekam z 2 h chyba jak się wszyscy pozbierają. Idziemy na miasto. Kupujemy pamiątki i wołowinę :) Rozdzielamy się. Ja poginam z laptopem, zeby porobić relacje i powysyłać fotki. Wszędzie kompy sa przyśrubowane wiec nie mogę korzystać z laptopa. W końcu znajduje WI-FI. W pizzerii. I sa TV - przez sms via Polska wysyłam do Jaja info, ze są na żywo dwa mecze transmitowane Champions League. Przychodzi, zamawiamy po pizzie i oglądamy. Ja odbieram maile, wysyłam fotki, relację, gadam na gadulcu z mamą, znajomymi. O 7 wracamy do campu.
Frodo z Ptasiorem przygotowali wołowinę. z 5 kg :) Za dużo, ale pyszna!!! Poznajemy w obozie Kanadyjczyków, którzy chwalą się, że umieją po Polsku powiedzieć "kurwa" No cóż...Pakuje sie spać bo jestem fest zmęczony. Cała reszta mi mówi, że zająłem pół namiotu, ale kto pierwszy ten lepszy. Piszę SMSy do Chorzowa (w PL 3.00- odpisują) ;-) Z uśmiechem i ze słuchawkami na uszach, w tle Psio Crew...Dobranoc...

22.02.2007 r.

Dzień wyjazdu.
Niewiele pamiętam co było rano, bo niewyspany i zmęczony. Wiem, że godz. 12.00 jedziemy autobusem do Rio Gallegos. Tam chwila przerwy i dalej do Buenos Aires przez Commodoro Rivadavia. Zasypiam z OSTRym na uszach. W Rio Gallegos dzielimy się na grupy. Ja z Jajem lecimy na neta, wypłacam kasę i pizza. Potem z powrotem na dworzec, zmienić Woyola, który tam czeka... O 21.30 mamu autobus do Commodoro. Pakujemy bagaże i włazimy do środka. Zaś siedzę z Frodem... Ble ;) Heh... Śpimy. Ok. 1 w nocy zatrzymujemy się na dworcu, ale prawdę mówiąc nie wiem gdzie, idę do kibla, bo do tego autobusowego, żeby wejść to chyba musiałbym głowę na siedzeniu zostawić :( Kupuje zapas coli na drogę, jakieś ciastka chipsy. Smutne było to, że kupa dzieci, brudnych, zaniedbanych, sprzedających się jest o tej porze tam na dworcu, i to chyba była tam normalna sprawa... Ble. Jedziemy dalej. Śpimy, wstajemy z Frodem na wschód Słońca nad Atlantykiem, zresztą i tak za późno.

23.03.2007 r.
W Commodoro przesiadka. Jest 8. Jeszcze tylko... 25h i będziemy na miejscu. Ale tym razem cama, więc na leżąco to przejedziemy :] Tak se mogę jeździć. Dostajemy picie jedzenie. Co ciekawe o 13 obsługa prosi nas o wyjście. Autobus jedzie do sprzątaczki i myjni. 30 minut na dworcu. No OK. Kupuje baterie i jak zwykle słucham muzyki. Tym razem Pokahontaz... Po 30 min
przyjeżdża pachnący autobus. Serio, wyczyścili wszystko, u nich się da... Śpimy, jemy, śpiewamy, tańczymy, gadamy, śpimy, jemy... Jajo śpi cały czas.

24.02.2007 r.
Buenos Aires. Ehhh Niestety zaczyna się od kradzieży plecaka Judyty i przykrej informacji dla Froda. Z paszportem co gorsza. A do wylotu dwa dni... Brr... Zgłaszamy to na policję. Od razu zaczynają działać. Problemem tylko bariera językowa. Szukanie, zeznania, podpisy i upał 30 stopniowy o 8 rano daje się we znaki. Trzeba jechać na posterunek policji turystycznej spisać zeznania. Po angielsku. Później jedziemy do Burzaco, do Polskiego Ośrodka Młodzieżowego. Tam nam pomagają gospodarze Albert i Jadwiga. Telefony do konsula, na komórkę, bo Ambasada otwarta we wtorek, a my w poniedziałek lecimy... :( Ja się lecę wykąpać, odświeżyć. Darek z Judytą jadą z jadwiga do Ambasady. Trochę to wszystko trwa, ale wszystko idzie OK. Ja tymczasem z resztą ekipy jedziemy do Buenos. Pozwiedzać... Ale jest tak gorąco, że wbijamy do Burger Kinga, tam jest klima...Burger jest zaraz pod placem, gdzie umówiłem się z Judyta, Darkiem i Frodem. Czekamy i nic. Komórka milczy. Nie wiemy co robić Jest późno, na dworzec daleko. Pociągiem, mało przyjemnym zresztą jedzie się pół godziny. Ale nic, czekamy. Jesteśmy na najszerszej ulicy Świata - Avenido 9 de Julio (18 pasów). Dostajemy SMS, że mamy wracać. To OK. Wracamy. Pociągiem o 22.20. Kupuje bilety dla wszystkich, znowu pełno dzieciaków, kasa, kasa, oferty itp. Wsiadamy do pociągu. Pomyślałem, że sobie kimnę, ileśnas tam czuwa, więc nic mi się nie stanie, jednak wizja snu szybko mija po wejściu do wagonu. Nawalone w full, miejsce mamy co prawda, ale koleś sprzedaje pirackie CD demonstrując na boomboxie co sprzedaję. Inni sprzedają... linijki, ekierki, kłodki, piwo, cole, wodę, hotdogi i ... noże, które wcześniej ostrzą na poręczy pociągu. Heh, fajne to było (Aaaa adrenalina...)Jako, że gorąco, jak w Maroko a i późno chce mi się pić. Wszystko zamknięte. Proszę babkę w restauracji, która też się zamykała, żeby mi sprzedała Pepsi. Kupuję. Za 5 zł w kajpie dostałem 2,5l Pepsi. Mniam. Zanim dochodzimy do POM Pepsi się kończy. Dostaję SMS, że ekipa paszportowa będzie za około godzinę. OK. To czekamy. Rozmawiam z Pawłem (13latkiem z Burzaco), Albertem o życiu w Argentynie, opowiada mi, że tam wszystko można kupić na raty. 0% Fajnie mają. Każdą duperelkę na raty. Heh... Nawet klapki. Przyszli. Z paszportem. Za 55 $ Heh... W zamian dostali Colę, więc śmiejemy się, że to najdroższa Cola - 55 zielonych... Ale całe szczęście, że wszystko się udało. Koniec dnia pełnego emocji. Śpimy. Ja na ławce pod drzewkiem.

25.02.2007 r.
Pobudka 8.00 Budzi mnie telefon z nowym wałkiem Pkhz :) Ide do domku, budzę kol. Sadłonia i fru do Kościoła. Msza o 9 miała być. Przychodzimy pod Iglesia ale okazuje się, że msza o 8 i 10.30. Ja pasuje. Nie czekam. Idę wypłacić kasę i wracam do ośrodka. Jemy wszyscy śniadanie, dostaję SMS od Jaja: 'Patrzcie do wyjścia... Lol' Idę i co widzę. Sadłoń jedzie w radiowozie... :) Okazało się, że się spytał ich o drogę, bo nie był pewien. Ci go podwieźli... O 12.30 jedziemy do Buenos pozwiedzać... Zwiedzamy miasto, jemy obiad, zwiedzamy i wracamy po 22 do Burzaco. W pociągu rozmawiamy z parą argentyńsko-angielską. Ta Argentynka ma babcię z Białegostoku :) Dojeżdżamy do Burzaco, rozmawiamy jeszcze trochę i wskakujemy do basenu. Robię fotki. Potem prysznic i spać. Pakowanie jutro.

26.02.2007 r.
Dzień wyjazdu z Argentyny... Niestety. O 10.40 mamy samolot do Mexico City via Santiago. O 8 się meldujemy przy odprawie. Idziemy poza kolejnością, ha :) W tym czasie dzwoni Dyrektor,
potrzebuje info do artykułu, który ukaże się w momencie, gdy będziemy już w PL. OK. Obiecałem, ze wyśle... Plecaki wypchane po granicę możliwości :) Ale puszczają. Dostajemy karty pokładowe. Ble, jesteśmy rozrzuceni po całym samolocie. Na szczęście mam window :) Płacimy jeszcze podatek za... wylot z Argentyny po 18 dolarów od łebka. Ostatnie tel. do Polski, bo jeszcze jest za 1.20/min. W samolocie się okazuje, że lecą z nami zawodnicy CLUB LIBERTAD - siedmiokrotny mistrz Paragwaju, 3 drużyna Copa Libertadores z 2006 r. Siedzę chyba z managerem. Takim bucem :) Miałem miejsce przy oknie, a ten mi pokazuje, że to on tam ma. Po angielsku nie kumał, śmiał się ze mnie, ale żech się nie doł. Twardy synek z Łagiewnik :) A nie jakiś buc z Paragwaju mi będzie mówił, gdzie on chce siedzieć... A jechali na mecz z Club America Mexico. Wygrali 4:1. Copa Libertadores. Wysiadamy w Santiago. Odprawa, wydanie ostatnich pesos chilijskich, po raz kolejny przechodzę przez odprawę z wielkim scyzorykiem, którego przez przypadek zostawiłem w bagażu podręcznym... I z powrotem w samolocie. Tym razem miejsce z jakimś zawodnikiem. Pije cały czas yerba mate a jak nie pije to śpi :) Ale coś tam pogadaliśmy - na pewno był sympatyczniejszy, a Polskę zna dzięki Papieżowi JP2.Po 12h lotu wysiadamy w Mexico City. I znowu ta sama bajka, wnioski
imigracyjne, pieczątki, paszporty itp. Hotel mamy zarezerwowany, mamy zadzwonić do nich po darmową taksówkę, Dzwoni Frodo. Nieoznakowaną, bo oznakowane są... fałszywe. Ot, takie to miasto. :)
Przyjeżdżają dwa białe wozy. Miał być jeden. Coś śmierdzi. Dzwonię do hotelu. Mówi, że jednak dwie. Więc OK, wsiadamy. Kierowca nie mówi po angielsku więc cisza.... I pytanie - będzie transplantacja, czy hostel?;) Jest hostel. Okazuje się, że trafiłem z wyborem znakomicie. Hostel w centrum, warunki w porządku. Mamy pokoik 11 osobowy, bo najtańszy, zresztą jest nas ośmiu, dwa kible w środku. facet w recepcji mówi, że miasto niebezpieczne, kasę trzymać, dokumenty zostawiać w sejfie hotelowym. Po prostu hardkor ;) Oczywiście ze mnie się śmieją, ale ja tam swoje wiedziałem ;)Zostawiamy rzeczy w pokoju i idziemy na miasto. Zjeść coś i kupić picie na noc. Cola znowu tańsza! Po przyjściu idziemy do baru który jest u góry na dachu. Niesamowity widok na
miasto. No i 5 kompów z szybkim netem. Pożyczam pendrive i ściagam OSTRego... 3 dni po premierze. fajny ten Internet. Idę na dół przegrywam ostrego do laptopa z mp3 na płytę i zasypiam z discmanem. Dobranoc.

27.02.2007 r.

Pobudka o 9. Znowu na górę tym razem na śniadanie. Hostel (Hostal Moneda) na prawdę kozacki - 30 zł. Internet 24h, śniadanie - szwedzki stół... Jedziemy do Guadalupe. Później zwiedzamy miasto. Zleci nam na to cały dzień, bo miasto ogromne... Z ciekawostek to widzieliśmy strzelaninę, ale co to takiego :P Spać, jestem padnięty, tym czasie 6 osobom z teamu wzięło na wygłupy... Jajo oczywiście śpi.

28.02.2007 r.
Dzień zaczyna się miło. O północy pobudka. Budzą mnie, bo mam dziś urodziny :) Po cichu śpiewają sto lat, toast - fantą pomarańczową, życzenia, prezent (koszulka + dwie ksiązki po
hiszpańsku ;) Super. Telefon wyłączyłem, bo po co ma być włączony, tymbardziej, że bateria siada, a tu inne kontakty. W mieście żałoba - wszak wczoraj strzelanina. Jedziemy na plac Trzech Kultur i wracamy, muszę zgrać fotki na dvd w razie czego, przepakować się i przygotować na zimę w GB i PL. Odbieram masę SMS, w tym ten jeden jedyny :P Heh. PDK! O 16 przyjeżdża taksówka, tym razem biały van, z przyciemnianymi szybami. gangsta rlz! Pakujemy się do Dodge`a i jedziemy słuchając na maxa lokalnej muzyki. Dostajemy ja później w prezencie. Na lotnisku robimy bazę, ja idę szukać sombrero :) Reszta siedzi, śpi, szuka lodów itp. Poznajemy kolejnych Polaków, tym razem z Rudy Śląskiej :) Rudzki Klub Grotołazów.
Wracają też do Polski, ale Air Francem, my Britishem. W międzyczasie ważymy nasze plecaki, są za ciężkie. mały przepak i podbijamy. Dostajemy karty pokładowe, wszyscy razem, pod koniec Jumbo Jeta (Boeing 747). Zas z Frodem ;) Hehe. Wylot miał być o 20,40, jednak coś się tam zepsuło w samolocie i startujemy godzinę później. W samolocie już nudno. Rozrywką są turbulencję. Takich jeszcze nie było. Takie z filmu. Napoje się wylewają, kubki latają. Heh. A-a-a-adrenalina :)

1.03.2007 r.
London Heathrow.Lotnisko. Tez cyrki. Wysiadamy na Terminalu 4. Dziwnie wyglądamy, krótkie galotki, sandały, krótkie rękawki. trochę piździ. Transportujemy się do Terminalu 1 skąd mamy fliga do Warszawy. Jest 14 - mamy 4h. Angole jak zwykle kontrolują wszystko co się da. Laptopa otworzyć, odpalić, buty ściągnąć itp. Przechodzimy przez kontrolę. Przystanek - kibel. Nudno tu, ja chce być w domu. Z Londynu pamiętam wkręt Jaja, kanapkę za 25zł, 0,5l Coli za 7... kłótnię z Adamem i Melexa. Czekamy na boarding time. O 17 info - samolot do Warszawy o 18.05 opóźniony. Polecimy o 19. Ble. Włazimy na pokład. Najwygodniejszy samolot. 2h i jesteśmy na Okęciu. 22. Za 2h mamy pociąg do Katowic. Szybko przechodzimy odprawę. Piździ mi jeszcze bardziej. Czekamy na plecaki. ufff jest mój, czyli mam też nogawki :] o 22.50 jedziemy autobusem na dw. centralny. Pociąg o 0.15. Kupuje bilety (jak ja to kocham robić). Babka nie chce sprzedać, mówi, z nie ma miejsc, potem jej cos do kompa nie wchodziło, jak zwykle się pokłóciłem z kasjerką ale o 23.40 mamy 8 tiketów z miejscówką bez wskazania miejsca. Wniosek - 4h stania. Idziemy do pizzerii.

2.03.2007 r.
Jemy pizze i idziemy na peron. Trochę ludzi jest. Na pewno stoimy. Pakujemy się do wagonu, ruszamy i dajemy prezent dla Jaja. Ma urodziny. 19. Stoi to nie śpi. Tzn jajo :] Ja siadam w przedziale. jest jeden sitzplatz. Siedzę aż do Katowic. Kontrola biletów. Kudzio przez pół roku jeździł na nieważnej legitymacji :] Heh, dopłata. Ja na szczęście kupiłem normalny bilet, bo legitymacje zostawiłem w domu... Wojsko wraca do domu. Ochrona interweniuje... A to Polska właśnie...4.50 Katowice PKP. Wychodzimy z pociągu błyskają flashe :)Wreszcie. Silesia. Rodzice. i OSTR w samochodzie ;] o 5.10 w domu. Żur i kapusta. Mieszanka wybuchowa. Koniec wyprawy. O 14 zasypiam...



Cieszę się, że się udało. Cieszę się, że nie nawaliłem. To co miałem załatwić, załatwiłem. Nawet więcej. W młodym wieku. Mogą się śmiać ze mnie, że prezes, że co chwilę coś załatwiam, że nie mam czasu na nić. Niech się śmieją. Ale najpierw niech zrobią...
 

Kajetan Dobrowolski - kajman



Ze swej strony dziękuję szczególnie:

  • Mamie, Tacie, Babci, Dziadkowi za kibicowanie i sponsorowanie :) I pomoc, wyrozumiałość, bla bla bla :)

  • sae2007team - za współpracę przed, podczas i po wyprawie...

  • Kasi Góraj - Kozłowskiej - za wskazówki dotyczące Meksyku;

  • Andrzejowi Kaźmirowskiemu (wynajmij.to) - za okazaną pomoc, za serwer...

  • Michałowi Kowalskiego (SzFG Zakopane) - za wskazówki;

  • Katarzynie Teodorowicz, Ryszardowi Broniewicz (Salomon Polska) - za zaufanie i wsparcie w postaci sprzętu firmy Salomon;

  • Jolancie Wielickiej (Julbo, Himal Sport) - za zasponsorowanie okularów Julbo;

  • Mateuszowi Kwiecińskiemu (www.fotozakupy.pl) - za zasponsorowanie profesjonalnego sprzętu fotograficznego;

  • Bogdanowi Sporek (www.torbylowepro.pl) - za zasponsorowanie profesjonalnego plecaka na sprzęt fotograficzny oraz laptop oraz torby na aparat fotograficzny znanej marki Lowepro;

  • Karolinie Ossowskiej (EURO26) - za podarowanie nam 7 kart EURO26 wersji SPORT;

  • Dawidowi Szweda (Chorzowianin) - za współpracę na linii wyprawa - Chorzowianin

  • Dyrekcji ZS SRKAK - za zaufanie...

  • wszystkim, którzy trzymali kciuki i za mnie i za powodzenie CLICO South America Expedition

  • sobie - za wiarę...

    Jeśli masz jakieś pytania, planujesz podróż do miejsc, które zwiedziłem, wal śmiało:
    tel. 500 032 032
    mail: kajman@sae2007.com

    Wkrótce zamieszczę zestawienie cen.